Spis treści
400 lat temu stworzył autobus na wiatr. Dziś ekolodzy byliby zachwyceni. Gdy współczesny świat ściga się w budowie coraz większych i coraz droższych baterii do autobusów elektrycznych, warto przypomnieć sobie pewien niezwykły wynalazek sprzed czterech stuleci. Autobus na wiatr. Żaglobus.
Autobus na wiatr nie potrzebuje drogich baterii i milionów złotych na przebudowę infrastruktury
Takim autobusem byliby zachwyceni nie tylko ekolodzy. Zachwyceni byliby także krytycy elektromobilności, tacy jak ja, którzy nie mogą przejść obojętnie obok marnowania milionów złotych na autobusy elektryczne i infrastrukturę dla nich.
Holenderski matematyk skonstruował pojazd napędzany wyłącznie siłą wiatru. Mógł przewozić ponad 20 pasażerów i osiągał prędkości, których nie powstydziłby się niejeden współczesny rowerzysta. Kilkadziesiąt lat później podobny pomysł odżył także w Chinach, choć w mniejszej formie.
Simon Stevin – człowiek, który stworzył najbardziej ekologiczny autobus na świecie
Wszystko zaczęło się w Holandii. Urodzony w 1548 roku Simon Stevin był słynnym matematykiem oraz wielkim wielbicielem morza. Wolne chwile spędzał na holenderskim wybrzeżu, gdzie obserwował pracę tamtejszych rybaków. Pewnego dnia wpadł na pomysł, aby stworzyć łódź, która poruszałaby się po lądzie, wykorzystując żagiel i siłę wiatru. Ponieważ Simon Stevin nie należał do ludzi ubogich, realizacja planu była bardzo szybka. Tak powstał pierwszy pojazd Stevina – duża łódź z przymocowanymi do niej dwiema parami kół i z jednym, a potem z dwoma żaglami.
Żaglobus – autobus na wiatr
Do sterowania pojazdem służył ster. Do obsługi pojazdu potrzebne były dwie osoby – jedna obsługiwała ster, a druga żagle. Pierwszy pojazd Stevina był bardzo niestabilny i wystarczyło mocniejsze uderzenie wiatru, aby się przewrócił. Konstruktor się jednak nie poddawał. Na dnie pojazdu umieścił kamienie, dzięki czemu dociążony pojazd był bardziej stabilny. Stevin obniżył także maszty z żaglami. Pojazdy przestał się przewracać, jednakże miał problemy z hamowaniem. Mimo tej ogromnej niedogodności, która uniemożliwiała zatrzymanie się na właściwym przystanku, pojazdy Stevina rozpoczęły przewóz osób na pomiędzy dwoma holenderskimi miastami – Schweningen i Petten. Kursowały na trasie liczącej 68 kilometrów i pokonywały ją w dwie godziny, nie zużywając ani grama paliwa. Do tego pojazd brał na pokład dwudziestu pasażerów. Można powiedzieć, że tak powstała pierwsza linia autobusowa, która nie potrzebowała koni.

Idea żaglobusa spotkała się z dużym zainteresowaniem
Konstruktor zmarł bardzo młodo, w 1620 roku, ale jego pojazd przyjął się w wielu krajach Europy. W Anglii żaglowozy kursowały na trasie Bristol – Londyn z prędkością 30 km/h. Anglicy wprowadzili turbodoładowanie – poza standardowymi żaglami, zamontowali do żaglowozu także dwa latawce, zapewniające dodatkowy napęd. Ale to nie wszystko. Stworzyli także napęd hybrydowy. Na wypadek braku wiatru do akcji wkraczał konik, który był transportowany z tylu pojazdu.
Podobne żaglowozy powstawały w Chinach, w tych samych latach, w których tworzył je Stevin. Dowodem na to są ilustracje, zawarte w niemieckim atlasie Abramaha Ortela, wydanym w 1603 roku, które przedstawiają chińskie żaglowozy na tle mapy Chin. Istnieje zatem podejrzenie, że być może pierwsze żaglowozy powstały właśnie w Chinach, a holenderski twórca widział przedstawiające je ilustracje, które go zainspirowały. Być może także podobne technicznie pojazdy powstały w tym samym czasie w dwóch różnych regionach świata.
![By Bain News Service - George Grantham Bain Collection (Library of Congress), call number LC-B2- 2452-14[P&P], Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3915605](https://www.motorewia.pl/wp-content/uploads/2016/08/brooklyn-1024x729.jpg)
Landsailing – pojazdy napędzane wiatrem istnieją nadal
Pojazdy napędzane wiatrem przetrwały do naszych czasów. W małym stopniu wykorzystywano je do celów komercyjnych – w niektórych rejonach świata służyły do transportu towarów na pustyniach czy po dnie wyschniętych jezior. Żaglowozy stały się jednak popularne wśród wielbicieli sportu, który nazwano żeglarstwem lądowym, w języku angielskim zwanym landsailingiem. Ludzie w wielu krajach świata zaczęli konstruować lądowe żaglówki, a potem pokonywali nimi pola, plaże, dna wyschniętych jezior i inne powierzchnie. Kwestią czasu było zorganizowanie pierwszych wyścigów pomiędzy wielbicielami tego sportu. Pierwsze wyścigi żaglowozów zorganizowano w 1909 roku, na plażach Belgii i Francji.
W Polsce landsailing nie ma zbyt wielu zwolenników, ale mimo tego Polacy mają ogromne sukcesy w tym sporcie. Już w 1978 roku Wojciech Skarżyński, polski podróżnik, pokonał zaglowozem ponad 800km po Pustyni Gobi. Jego pojazd miał aluminiową konstrukcję, a zawieszenie pochodziło z motocykla Junak.
Co ciekawe, pojazdy napędzane siłą wiatru, służą nie tylko do uprawiania bardzo ciekawego i widowiskowego sportu.
W 2012 roku Chińczyk Tang Zhengping stworzył auto elektryczne, w którym część energii wytwarzana jest przez wiatr lub podmuch powietrza w czasie jazdy. Dziwaczny pojazd posiada zamontowany z przodu wentylator. W czasie jazdy, na skutek pędu powietrza, wentylator obraca się i napędza prądnicę, która ładuje baterie. Oprócz tego, pojazd posiada jeszcze dwa panele słoneczne. Jednakże ani wentylator, ani dwa panele nie są w stanie całkowicie zaspokoić zapotrzebowania auta na prąd – jego baterie i tak trzeba co dwa dni doładować. Ale już osiągi elektro – wiatro – solarowozu są imponujące, bo pojazd potrafi osiągnąć nawet `140 km/h.
Dla porównania, rekord prędkości, ustanowiony przez żaglowóz, wynosił 188 km/h.
Przed inżynierami jeszcze wiele wyzwań. Można wykorzystać słońce i wiatr, aby stworzyć przyjazne dla środowiska, tanie w utrzymaniu i dynamiczne auta. Oby tylko nie wyglądały jak pojazd Tang Zhenpinga. Jeśli będą przypominać obecnie wykorzystywane pojazdy, z pewnością znajdą nabywców.
Od drogich autobusów elektrycznych zdecydowanie wolę żaglobus. Dlaczego? Wystarczy zapoznać się z filmem, w którym krytykuję autobusy elektryczne.

Jestem niezależnym dziennikarzem motoryzacyjnym z 16 – letnim stażem. Kocham motoryzację. Pasjonuje mnie technika samochodowa i nie tylko ona. Opisuję świat ze swojej perspektywy słowami Lorda Czarnej Żmii, mojego ulubieńca. Kocham Polskę, a poza motoryzacją pasjonuje mnie Indonezja, moją miłością jest Dżakarta, cieszy mnie kuchnia azjatycka i muzyka elektroniczna. Jestem wolnościowcem i do szału doprowadzają mnie lewicowe pomysły. Z nieskrywaną radością piszę i mówię o wadach aut elektrycznych. Jestem wielką gwiazdą hucznych przyjęć, w trakcie których opowiadam soczyste anegdoty o pożarach samochodów elektrycznych i straszę wszystkich cenami baterii i napraw. Świetnie gotuję. Współpracuję z kilkoma portalami i firmami motoryzacyjnymi.
Prowadzę też konto na YouTube, które zdobywa coraz większą popularność. Jestem dziwakiem, który lubi przebywać w towarzystwie starych części samochodowych. Mam małą rodzinę, w skład której wchodzi moja matka, druga połowa i kot. Ukochana ma jedną wadę – lubi duriany.
Brzydzę się „dziennikarstwem motoryzacyjnym”, które polega na skracaniu gotowych newsów, przychodzących z działów PR importerów samochodów.
Na mojej stronie i koncie na YouTube piszę i mówię to, co naprawdę myślę o motoryzacji.








