Pani Marta, piękna, młoda kobieta z dużego miasta, zapragnęła samochodu. Jak to zwykle bywa, postawiła na nogi całą rodzinę i wszystkich znajomych, bo jak pani Marta czegoś chciała, to chciała to natychmiast, nawet wtedy, gdy do końca jeszcze nie wiedziała, czego chce. Tak samo było z samochodem.

Pani Marta była z siebie bardzo dumna, bo zdała egzamin na prawo jazdy i chciała znajomym i rodzinie prezentować, czego się nauczyła. Tutaj jednak znów na światło dzienne wyszła podłość ludzka, która doprowadziła do życiowej tragedii. Ojciec posiadał pięknego, srebrnego pasacika w tedeiku, którego zakupił zaraz po sprzedaży mieszkania po babci i ani myślał dać córce poprowadzić. Tłumaczył coś o jakichś drogich pompach i tryskaczach, potem o jakiejś turbinie, że trzeba temperaturę, bo olej coś tam i się zatrze, podczas gdy pani Marta chciała usiąść, złapać kierownicę i przydusić pedał gazu. Zmotoryzowane koleżanki nagle przestały mieć czas dla Marty, bo ta jednym uszkiem słuchała ich treli i opowieści, a słodkimi, brązowymi oczkami patrzyła łakomie na ich autka. Aż w końcu doszło do tragedii. Ukochany przystojniak, który każdego dnia dziesięć razy mówił i pisał że kochał, kocha i będzie kochać, który obsypywał Martę setką pocałunków dziennie, nagle okazał się samolubnym bucem, zakochanym w swojej Megance. Okazało się, że tona dwieście blachy, tworzywa i szkła na czterech gumowych kołach była o więcej warta niż miłość pięknej szatynki. Pani Marta przegoniła chama, wypłakała się za wszystkie czasy, wylała żale na trzech portalach społecznościowych, pocieszyła się, wydając pensję na zakupy w galerii i powróciła do świata żywych, silniejsza, twardsza, z mocno zaciśniętymi, słodkimi usteczkami i dużym dystansem do samców. Teraz jeszcze bardziej zapragnęła przyjaciela na czterech kołach.

Photo credit: RL GNZLZ via Foter.com / CC BY-SA

Photo credit: RL GNZLZ via Foter.com / CC BY-SA

Oczekiwania Pani Marty kontra brutalna rzeczywistość

Pani Marta chciała samochód wygodny i duży, lecz jednocześnie mały, żeby łatwo było parkować. Miał być to samochód szybki i zwinny, lecz jednocześnie taki, który będzie mało palił. Miał być ładny, a nie brzydki, nie rzucający się w oczy, ale przyciągający spojrzenia. Miał wyglądać pięknie i nowocześnie, ale równocześnie miał być niedrogi, bo pani Marta nie zarabiała krocia. Do tego miał być mało awaryjny, a jakby coś się popsuło, to miał być tani w naprawie. Ojciec pani Marty złapał się za głowę i powiedział, że takich samochodów na świecie nie ma, czym wywołał kolejny wybuch złości i rozczarowania. W końcu jednak całą rodzina, wraz z wujem Stachem, który na samochodach znal się jak łysy z Brazzers na kobiecej anatomii, rozpoczęła poszukiwania wymarzonego auta na portalach ogłoszeniowych.

Photo credit: RL GNZLZ via Foter.com / CC BY-SA

Photo credit: RL GNZLZ via Foter.com / CC BY-SA

Każdy ma wady, niestety

Wujo Stachu zgodził się z Martą, że Alfa Romeo MiTo wygląda jak chrabąszcz a włoszczyzna jest dobra tylko do zupy. Aveo było zbyt mało eleganckie. Na widok Sandero pani Marta wydęła pogardliwie śliczne usteczka, bo marka nie taka, chociaż auto całkiem fajne, za to C3 bardzo się jej spodobał. Tutaj jednak wujo Stachu przeprowadził wykład o Francuzach, zaczynając od słabego zawieszenia, a kończąc na parszywej zdradzie z 39 roku i tygodniu francuskim w Lidlu, z obrzydliwymi, faszerowanymi ślimakami w zamrażarce. Punto może się i Marcie podobało, ale to włoszczyzna (do zupy), Fiesta też była fajna, ale wujo Stachu zdradził, że korozja żre ją tak szybko, aż słychać mlaskanie z garażu. Getz nie wzbudził w Marcie żadnego pożądania, zupełnie jak ten koleś z naprzeciwka, który robił do niej maślane oczy już od dwóch lat, a nie stać go było na porządne buty, tylko poruszał się w chińskich pepegach. Wujo Stachu znalazł jeszcze Mercedesa klasy A. Marcie auto się bardzo spodobało, ale wujo mówił coś o jakimś teście łosia. W tym momencie jednak wtrącił się tato i powiedział, że w tej rodzinie żadnych łosi nie było i nie będzie, w związku z czym sprawa produktu niemieckiej motoryzacji została raz na zawsze zamknięta.

Photo credit: TuRbO_J via Foter.com / CC BY

Photo credit: TuRbO_J via Foter.com / CC BY

Wujo Stachu zdążył już wypić trzy herbaty i jedną kawę, aż w końcu udało się wykopać na portalu dwa auta, które Martę zainteresowały.
- Ale Jazz! – krzyknęło uradowane dziewczę – Yariska też fajna! Dzwonimy!
Na nic zdały się prośby, że to niedzielne popołudnie, ludzie poszli do kościoła, a potem będą jeść schabowe i oglądać Familiadę. Na nich prośby matki, że kotlety na patelni dochodzą, a wujo Stachu jest już nieco zmęczony, bo wczoraj spotkał kolegę z wojska i po spotkaniu zostały do wyniesienia dwie reklamówki pustego szkła.

Toyota Yaris kontra Honda Jazz

Godzinę później rodzina wraz z wujem Stachem podjechała srebrnym Passatem do oferenta, który chciał sprzedać Toyotę Yaris. Pani Marcie zabłysnęły śliczne brązowe oczka. Autko było zgrabniutkie, miało pyzatą mordeczkę, a do tego, jak mówił wujo Stachu, niezawodny, litrowy silniczek pod maską, wiwiti coś tam. Wszystko było pięknie, do czasu, aż wujo zaczął szukać katalizatora, który został amputowany (żeby się „czek” nie świecił). Potem wujo zaczął obserwować zniszczone siedzenia, kierownicę i zdartą gałkę zmiany biegów, które nijak nie pasowały mu do przebiegu siedemdziesięciu tysięcy. Kiedy wujo poprosił o numer VIN, chcąc go gdzieś tam sprawdzić, sprawa się rypła i sprzedający wskazał dłonią w kierunku bramy. Rodzina wzięła azymut na pasacika, a załamana Marta szła z tyłu, bohatersko ukrywając łzy.

Photo credit: charlie cars via Foter.com / CC BY

Photo credit: charlie cars via Foter.com / CC BY

Zostało jeszcze jedno auto – Honda Jazz. Stało już przed domem.
- Ale jazz – wyszeptała Marta, a nadzieja znów wypełniła jej serduszko.
Wujo Stachu był ostrożniejszy. On zresztą rzadko ulegał emocjom. Marta od razu zakochała się w samochodzie. Auto miało zgrabną i bardzo oryginalną sylwetkę. Zwłaszcza przednie oczka reflektorów przypadły Marcie do gustu. Wujo Stachu od razu zachwycił się systemem składania tylnych siedzeń,
- Można załadować piłę tarczową i dwa worki z drewnem – ucieszył się Stachu, bo zawsze praktycznym był.
- W tym modelu nie montowali Diesli – powiedział wujo, klepiąc Hondę Jazz po masce.
W tym momencie doszło do małej scysji rodzinnej, bo tato Marto jednak był zwolennikiem napędu, wynalezionego przez Rudolfa i chciał na siłę udowodnić, że jego B piątka jest tak oszczędna, że bardziej oszczędna być nie może. Na szczęście skończyło się tylko na przepychankach słownych.

By Luftfahrrad - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4524686

By Luftfahrrad – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4524686

i-DSi śpiewa radosną melodię

Marta wsiadła do środka i z radością zauważyła, że miejsca nie brakuje. Przypadła jej do gustu deska rozdzielcza, z trzema, wyjątkowo ładnymi zegarami. Spodobało się jej radyjko, z charakterystycznym pokrętłem i oryginalny, okrągły wyświetlacz klimatyzacji. Na buzi po raz pierwszy od kilku tygodni pojawił się uśmiech.
Właściciel otworzył maskę a wujo Stachu aż zacmokał.
- 1.2 i – DSi! – na łańcuszku rozrządu! – zachwycił się wujo – cztery cylinderki, ale osiem zaworków i osiem świec! Potęga!
- Sześć literków na setkę – dołączył się sprzedający, a wujo Stachu oblizał usta, bo myśli powiodły go w nieco inną stronę, niż motoryzacja.
W czasie jazdy próbnej siedemdziesiąt osiem koni pod maską pokazało, że Jazz jest w miarę dynamiczny, choć do setki człapał niemal czternaście sekund. Tato narzekał na nieco twarde zawieszenie, ale Marcie to odpowiadało. Korozji nie było, dokumenty były w porządku, auto miało na wyposażeniu klimę, centralny zamek i dwie przednie poduchy oraz całkiem fajne audio. Właściciel z uśmiechem podał numer VIN, a wujo, pomimo obmierzenia całego auta miernikiem z Allegro, nie znalazł śladów szpachlowania. Korozji też nie było, poza małymi kropkami na tłumiku.
- Bierzemy! – Marta po raz pierwszy w życiu podjęła męską decyzję.
- Reflektory trochę zaparowane – oponował ojciec.
- Się oczyści – wyprostował sprawę wujo Stachu – Spoleruje się, jak ozorki, które moja stara robi w galarecie, he he.

Photo credit: [Mixtography] via Foter.com / CC BY-ND

Photo credit: [Mixtography] via Foter.com / CC BY-ND

Następnego dnia pani Marta podpisała umowę i stała się dumną posiadaczką pięknego Jazza.
Przezorny wujo Stachu zakupił dziewczynie na prezent zestaw czujników parkowania, ale musiał je zamontować sam, bo wiedział, że gdyby zrobił to tato Marty, to zderzaki Jazza wyglądałyby tak, jakby ktoś je ostrzelał z dwunastomilimetrowego karabinu maszynowego.

Ot, historia jakich tysiące w motoryzacji. Ważne, że szczęśliwa. Lubimy takie pozytywne zakończenia. A jak gdzieś zobaczycie piękną szatynkę o urzekającym uśmiechu, poruszającą się Hondą Jazz, to pomachajcie jej, bo to Marta.

POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ

ZACHĘCAMY DO ODWIEDZENIA INNYCH DZIAŁÓW MOTOREWII

REWIA czyli testy naszych motoryzacyjnych gwiazd

MOTOTECHNIKA

MOTOARTYKUŁY o interesujących samochodach

MOTOMILITARIA – samochody w służbie wojska

HUMOR I CIEKAWOSTKI

SAMOCHODY ŚWIATA

ZAPRASZAMY DO POLUBIENIA MOTOREWII W KANAŁACH SOCIAL MEDIA, GDZIE PUBLIKUJEMY DODATKOWO CIEKAWE ZDJĘCIA I FILMY

MOTOREWIA NA FACEBOOK

MOTOREWIA NA TWITTER

PORTAL MOTORYZACYJNY MOTOREWIA SERDECZNIE ZAPRASZA!

POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ

 

Podziel się