Co pewien czas w prasie i w sieci pojawiają się informacje o reaktywacji kolejnego motoryzacyjnego trupa z czasów PRL. A to nowy Polonez, a to nowe wcielenie Malucha, nowa Warszawa, nowe Syrenki. Nic z tego nie będzie.

Ktoś patrzący z zewnątrz, z innego kraju, mógłby pomyśleć – Boże! Jaką ta Polska miała fenomenalną motoryzację za czasów PRL! Jakie kiedyś musiała wspaniałe samochody produkować, że dziś wszyscy za nimi tęsknią! I nie mogą się doczekać, kiedy znów trafią do masowej produkcji, żeby się rzucić do salonów, wykupywać na pniu, zapisywać się, a może nawet wskrzesić system argentyński…

Pudrowanie nic nie wartych trupów

Samochody z czasów PRL nie były ani ładne ani dobre. To były pokraki, które nijak nie dorastały wyglądem i jakością wykonania do swoich odpowiedników za granicą. Nie tylko za zachodnią. Nie na darmo wielu ówczesnych mieszkańców zatęchłego PRL kombinowało, jak mogło, żeby dorwać w swoje ręce Ładę.

Każdy, kto miał tylko garaż i podstawowe narzędzia, ciągle coś w tych gratach grzebał i regulował, bo jakość wykonania była fatalna. I niech nikt nie bredzi, że było inaczej. Dziadek autora tego tekstu i szwagier dziadka (to był prawdziwy szwagier, fachman w dziedzinie motoryzacji) w 1985 roku odebrali fabrycznie nowe Polonezy. Przez pierwsze trzy miesiące ciągle coś w nich wymagało poprawek i regulacji, aby mogły trafić do normalnej, codziennej eksploatacji. Już mniej awaryjne były używane poprzednio przed obydwu Fiaty 125p. O dwóch gnijących Syrenkach szkoda wspominać. Mniej awaryjny był inny, wykorzystywany wiele lat wcześniej wschodnioniemiecki Wartburg 311, mający dwukolorowe nadwozie – pomidorowo białe.

Kto oczywiście mógł i miał jakiekolwiek możliwości, kupował auto z Zachodu. Były z tym jednak ogromne problemy, samochody trzeba było kupować za dewizy. Było ich mało na rynku. Do tego był problem z częściami, które były dostępne tylko za dolary i zazwyczaj, tylko w Warszawie (problem znany z rodzinnych wspomnień na przykładzie Renault 18).

Co było ładnego w polskich samochodach z czasów PRL? Nic. Ludzie nie kupowali ich dlatego, że były piękne, ładniejsze od innych, albo lepsze. Kupowali je, bo tylko taki syf był dostępny na rynku i w miarę (dla nielicznych) dostępny finansowo. Polonez był jeszcze w miarę wygodny i przestronny. Fiat 125 P jak na ówczesne czasy, całkiem ładny. Ale kto dziś może tęsknić do napędzanego silnikiem od maszyny rolniczej karalucha z wyłupiastymi oczami, jakim była Syrenka, albo do Fiata 126 P? Czy ktoś jechał Maluchem? Podróż kosiarką do trawy jest bardziej komfortowa. Za czym ta tęsknota? Za czarnym okresem zniewolenia naszego kraju, w którym królowało brakoróbstwo, bieda i zacofanie techniczne?

Kto za tym tęskni? Może ci, którzy w ogóle tęsknią za „dobrymi czasami” PRL? Za czasami, w których sąsiad miał to samo, jeździł rowerem do roboty, a w obmierzłym mieszkaniu w szarym bloku miał taką samą meblościankę, wyczekaną pod sklepem albo wyrwaną na kredyt dla młodych małżeństw. Za czasami, kiedy szło się do roboty w państwowym molochu, zatrudniającym kilkanaście tysięcy ludzi, jadło regeneracyjną zupkę i można było się ukryć gdzieś w krzakach, na kilkuhektarowym terenie. Za czasami, kiedy nie trzeba było tłumaczyć żonie, że ten złodziej z naprzeciwka, który właśnie przesiadł się z „B5 w hajlajnie” do „nowego Golfiaka w tedeiku” pewnie kradnie, bo uczciwy człowiek jeździ na rowerze, a samochody to mają „tylko te z rzundu i złodzieje, panie”.

Te motoryzacyjne potwory były dokładnie tak piękne, jak Pałac Kultury i Nauki, obmierzły, komunistyczny twór, bezczelnie prężący się do dziś w samym sercu naszej ukochanej, przepięknej stolicy i zajmujący miejsce, na którym mogły stanąć trzy reprezentacyjne drapacze chmur.

Powrót do dziedzictwa

Reanimując potwory z czasów PRL, wracamy do swojego dziedzictwa. Auta sprzedadzą się na całym świecie!
Jakiego dziedzictwa? Ktoś gdzieś na świecie zna taką markę jak FSO?

Do swojego dziedzictwa to może sobie wracać i nawiązywać np. Fiat, który pierwszą „pięćsetkę” wyprodukował w ilości prawie trzech i pół miliona egzemplarzy i była ona popularna w wielu krajach świata, między innymi w USA.

Może będziemy mieć wielki popyt wewnętrzny, który wystarczy na utrzymanie produkcji?

Reanimowany potworek z czasów PRL będzie się dobrze sprzedawać w kraju!!!!

Mamy trzydzieści osiem milionów ludzi! Będzie produkcja, powstaną salony, krajowa marka! Będzie duma! Polskie auto nawiązujące wyglądem do czasów PRL!

Kto je kupi?

Kilka lat temu po podaniu informacji, o wskrzeszeniu nowej Syrenki i skierowaniu jej do produkcji, autor tego tekstu zadawał kilkanaście razy na forach to samo pytanie – jak wejdzie do produkcji, to ją kupisz?
Odpowiedzi były niemal zawsze skonstruowane wg tego samego schematu
- debilizmy/głupoty/wyzwiska
- zasadnicza część każdej odpowiedzi – JAKBYM MIAŁ, TO BYM KUPIŁ

Ale producent samochodu nie utrzyma się z pisania głupot na forach i w komentarzach.
On potrzebuje sprzedaży. Minimum kilkunastu tysięcy sztuk rocznie.

Podsumowując, choć jeszcze nie koniec

Jeśli kogoś stać tylko na piętnastoletniego Opla w gazie, niech nie robi wirtualnego sztucznego tłoku i nie krzyczy o konieczności produkcji potwora z czasów PRL, skoro i tak nigdy go nie kupi w salonie. Kupno w przyszłości 10 latka z giełdy, producenta samochodu nie interesuje.

Niech nowi twórcy i kolejni pomysłodawcy „nowych wcieleń” aut z czasów PRL przeprowadzą sobie badania, ilu z tych, którzy tak gorliwie ich popierają, dokona realnego zakupu auta, gdy już będzie ono gotowe. 0,001 %? No właśnie.

Jedyny sposób w jaki powinniśmy produkować auta z czasów PRL

Możemy produkować auta z czasów PRL na terenie Polski, w starych i w odnowionych wersjach. Z nowymi silnikami, z nowym wyglądem, tysiące nowych Polonezów, Fiatów 126 P, Syrenek, Warszaw. W różnych wersjach kolorystycznych. Takie, że będzie na nie każdego stać.
W skali 1:12, 1:24, 1:32, gotowe, z metalu i z tworzywa, do samodzielnego sklejania i malowania.

Chcecie nowego polskiego auta?

Ta tematyka była już wielokrotnie poruszana na łamach Motorewii.

Polska jest liderem w produkcji części do aut. Produkuje się wszystko. Firma, która zechciałaby stworzyć nowe polskie auto, mogłaby przebierać wśród dostawców podzespołów wysokiej jakości, co gwarantuje trwałość i bezpieczeństwo. Potrzebny byłby tylko motyw spajający całość – licencyjna, sprawdzona płyta podłogowa z nadwoziem (modelu wycofanego z produkcji przez któryś z koncernów). Taką, w której można dokonać zmian celem unowocześnienia wyglądu (nowe przetłoczenia boczne, całkowicie nowy pas przedni i tylny), wyposażenia (system multimedialny) i wnętrza.

Dlaczego licencja? Bo takie rozwiązanie zostało już sprawdzone i przetestowane przez Japończyków, Koreańczyków (nie tych z północy) i Chińczyków. Dlaczego sami nie możemy zaprojektować płyty podłogowej? Bo nie mamy na to pieniędzy i nie mamy w tym doświadczenia, a globalizacja pozwala nam unikać wyważania głową otwartych drzwi.
Dlaczego licencja na nadwozie? Bo patrząc na te pokraki, które zaproponowano w konkursie na polskie auto elektryczne, można się nabawić koszmarów. Na czym projektanci się wzorowali? Na nieładnych zabawkach dla dzieci?

Nie obeszłoby się bez ukłonu w stronę przedsiębiorców (którzy są głównymi nabywcami nowych aut w Polsce) i typowego człowieka. Tani kredyt, atrakcyjny leasing, dobra cena.
Tylko tyle i aż tyle. I być może co czterdziesty kupujący nowe auto w Polsce, zdecydowałby się na kupno pojazdu made in Poland, co pozwoliłoby na produkcję 10 tys. aut rocznie i byłoby sukcesem. Zaufanie do marki buduje się latami, a konkurencja jest ogromna. Polscy inżynierowie potrafili tak dostosować chińskiego ZX Grand Tiger (składanego w Lublinie), że otrzymał homologację na sprzedaż w całej UE. Nowe, polskie auto w promocji we francuskim Carrefour albo w brytyjskim Tesco? A dlaczego nie? Końcowa cena musi być atrakcyjna. Oszczędzanie na jakości skończy się utratą zaufania klientów. Na czym zatem oszczędzać? Na niepotrzebnych marżach.

Osoby, które stać na zakup pięknego pojazdu premium za 150 tysięcy złotych uśmiechają się w tym momencie szeroko. Auto z marketu? A daj Pan spokój! Ale one i tak by tego naszego polskiego auta nie kupiły.
Zdanie tych, którzy „kupiliby tylko w salonie, ale jakby mieli, a na razie nie mają” też nas nie interesuje.
Ale przedsiębiorca albo prywatny użytkownik, który mógłby kupić dobre auto kompaktowe za 40 tysięcy złotych, dodatkowo kierując się zasadami patriotyzmu gospodarczego, skorzystałby z takiej oferty i kupiłby pojazd nawet w dyskoncie. I to nas interesuje.

Jeśli elementem spajającym ma być jakiś koszmar, nawiązujący wyglądem do Syrenki, Malucha, dużego Fiata czy Warszawy, to lepiej nie produkujmy swojego, polskiego samochodu. Pozostańmy liderami w produkcji części. Dobrych części, jak to ma miejsce obecnie.

Artykuł nie ma na celu obrażania nikogo. Pokazuje on zdanie autora w specyficzny, typowy dla tej strony, sposób.

źródło: formtrends.com

źródło: formtrends.com

ZACHĘCAMY DO ODWIEDZENIA INNYCH DZIAŁÓW MOTOREWII

REWIA czyli testy naszych motoryzacyjnych gwiazd

MOTOTECHNIKA

MOTOARTYKUŁY o interesujących samochodach

MOTOMILITARIA – samochody w służbie wojska

HUMOR I CIEKAWOSTKI

SAMOCHODY ŚWIATA

ZAPRASZAMY DO POLUBIENIA MOTOREWII W KANAŁACH SOCIAL MEDIA, GDZIE PUBLIKUJEMY DODATKOWO CIEKAWE ZDJĘCIA I FILMY

MOTOREWIA NA FACEBOOK

MOTOREWIA NA TWITTER

PORTAL MOTORYZACYJNY MOTOREWIA SERDECZNIE ZAPRASZA!

POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ

Podziel się

About The Author

Niezależny redaktor, a może nawet i dziennikarz motoryzacyjny, niewpisujący się do ogólnego kanonu tego wesołego zawodu. Nie wszystko, co piszę, wszystkim się podoba, a ponieważ jestem niezależny, mogę pisać, co mi się podoba. Kocham motoryzację i dlatego o niej piszę. Brzydzę się „dziennikarstwem motoryzacyjnym”, które polega głównie na skracaniu gotowych newsów, przychodzących z działów PR importerów samochodów. Gdzie jeszcze można mnie przeczytać? Na Motointegrator (mi.eu - poradniki), w portalu Autofakty.pl, na Allegro.pl (nic nie sprzedaję – dział: motoryzacja – poradniki), a także w wielu artykułach poradnikowych, reklamowych i content marketingowych, pisanych dla kilku cenionych marek. Jest mi niezwykle miło, że odwiedzacie Państwo moją stronę. Kontakt: redakcja@motorewia.pl